Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 25.VIII.1985r.

Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 25.VIII.1985r.

WŁAŚCIWIE już od początku wiedziałem, że nie .będzie to rozmowa przepełniona relacjami ze wspaniałych osiągnięć, pełnych emocji marynarskich przygód, wrażeń przeżytych na egzotycznych akwenach i w zagranicznych portach.
Uprzedzano mnie po koleżeńsku, żebym sobie za wiele nie obiecywał. "To twardy, zamknięty w sobie człowiek - mówiono - całkowicie poświęcony pływaniu. On naprawdę żyje tylko na okręcie, mówić potrafi też tylko o okręcie... Dziś się takich nie spotyka. Wiesz, taki prawdziwy marynarz, o jakich można czytać już tylko w klasycznej powieści..."

Teraz siedzi przede mną wsparty na łokciach, na twarzy maluje się lekkie zakłopotanie, skrępowanie, że interesuje mnie przede wszystkim jego osoba. Wcale nie przypomina z wyglądu prawdziwego wilka morskiego, takiego, o jakich czytałem kiedyś u Korzeniowskiego. Spokojne oblicze, cieple oczy, ujmujący uśmiech pojawiający się co chwila, spokojny głos uprzedzająco przepraszający, że nie potrafi mówić o sobie, że on sam to właściwie nic, że, wszystko to załoga i okręt...

Pokochał morze

Znają go we flocie chyba wszyscy. Nazwisko kmdra por. Jerzego Wójcika łączone jest nieodmiennie z naszym flagowym niszczycielem - ORP "Warszawa". Mówiono czasem, że .komandor Wójcik wychodzi na morze i znaczyło to, że "Warszawa" opuszcza port. Jest Utożsamiany z tą jednostką wojenną, przez 15 lat swego życia opuszczał ją na krótko i powracał szybko. Są tacy, którzy nie rozumieją tego, złośliwie komentują: jak można tak związać się z tą "masą żelastwa". Dla niego było to jednak coś więcej, niż kubatura stali na wodzie...
      Związał się z morzem z własnej woli, nie przypadek lecz ukryta namiętność przygnała go z lubelskiego do Gdyni i kazała stanąć . do egzaminu dla (kandydatów do WSM'W. Było to w 1960 roku. Zdobyte kwalifikacje w Specjalności oraz w eksploatacji sprzętu rakietowo-artyleryjskiego pogłębiał w praktycznym działaniu na kutrach rakietowych, patem jako dowódca grupy, a następnie działu rakietowo-artyleryjskiego na ORP "Warszawa".
      - Zawsze chciałem pływać - mówi komandor. - Tylko taka forma służby w Marynarce Wojennej odpowiada mi naprawdę; już dawno, gdybym chciał, mogłem "wylądować" za biurkiem, pełnić ważne, odpowiedzialne zadania na lądzie, jak to czyni wielu moich kolegów ze studiów. Namawiali mnie, przekonywali, ostrzegali, że stracę zdrowie, ale ja nie chciałem, nie mogłem..: Bardzo mocno związałem się z tym okrętem i z załogą.
      Przez lata służby na okręcie załogą "dotarła" się doskonale. Odchodzili, przychodzili, aż pozostali tylko ci, którzy chcieli, tu pływać, pracować, dawać coś z siebie. O tym kolektywie komandor mówi bardzo ciepło:
      - To więcej, niż rodzina; są zgrani do granic możliwości, solidni, pracowici. Stale towarzyszy im troska o wykonanie zadania, o kondycję okrętu, o bezpieczeństwo. Takiej grupy nie zebrałbym już drugi raz. Mam do nich bezwzględne zaufanie, choć - wiem - czasami mają mnie dość...
Długie rejsy pełne żmudnej pracy, stresy związane z wykonywaniem zadań i długotrwałym przebywaniem na morzu nie na wszystkich wpływają pozytywnie.
      Ludzie, bywa, są zamknięci, mrukliwi, opryskliwi, drażnią ich nawet drobne zdarzenia. Nietrudno wówczas o spięcia, nieporozumienia, zatargi. A "Stary, jak nazywają między sobą dowódcę, nie popuści nawet podczas wielu tygodni na morzu.

      Jest bezwzględny, im trudniej, tym bardziej "dociska śrubę" załodze. Dopiero potem, gdy fetują sukcesy, kiedy wszystko zakończyło się nadspodziewanie dobrze, rozumieją, że tak trzeba było, że był taki surowy...
      Komandor Wójcik jest zmęczony i jakby smutny. Zmęczenie "wyłazi" po kilku miesiącach nieprzerwanych rejsów, zajęć szkoleniowych, ćwiczeń...
      Lekarze znaleźli pewne dolegliwości, jednak zdrowie kmdrowi por. Wójcikowi
      Dopisuje. Był kiedyś czynnym sportowcem, dużo pływał, przed laty nawet w grupie "Morsów" odwiedzał morskie plaże zimą. Miałby siłę i zapał pływać jeszcze, choć sam przyznaje, że coraz dłużej trwa okres wtrącania do formy po dłuższych rejsach. Nieprzespane noce, ciągłe napięcia, związane z wykonywaniem zadań, troska o bezpieczeństwo ludzi, okrętu pozostawiają jednak ślady. Czy jednak starczy mu sił, by kontynuować służbę na morzu? Perspektywa pracy na lądzie, ze zrozumiałych względów, nie może stanowić zadośćuczynienia z rozstania z morzem.
      - Zasiedziałem się "na wodzie", trudno mi teraz pogodzić się z myślą, że już niedługo muszę przerwać służbę na morzu. Będąc na ORP "Warszawa" nie żal mi rezygnacji z lądowych uciech, rodzinnego życia, nieprzespanych nocy. Okręt żyje całą dobę i ja wraz z nim - mówi komandor.
      Trudno podgumować tyle lat służby. Kroniki inne dokumenty sucho odzwierciedlają ważne wydarzenia z życia okrętu i załogi. Skrupulatnie odnotowują wszystkie osiągnięcia z lat ubiegłych. Jest tego niemało. Większość jednak dotyczy całego marynarskiego kolektywu. Jeden z najnowszych wpisów informuje potomnych, że dowódca ORP "Warszawa", za uratowanie ludzkiego życia otrzymał tytuł Bohatera Czasu Pokoju.

      Przegadaliśmy już kilka godzin, a komandor słowem nie wspomniał o tym
wydarzeniu. Mieli rację moi informatorzy ostrzegając, że nie dowiem się za wiele od niego samego.
      Sytuacja była groźna. Zmieciony nagłym przechyłem z pokładu motorówki marynarz znalazł się znalazł się w wodzie po stronie trapu okrętu. Wysoka fala mio­tała motorówką, która w każdej chwili mogła go przygnieść. Kmdr por. Wójcik zrobił to tak błys­kawicznie, że nie wszyiscy zdążyli zorientować się, co się właściwie . stało. Jednym skokiem dopadł dziobu łapiąc marynarza za kołnierz bluizy, jedno­cześnie rzucając krótką komendę sternikowi. Tu rzeczywiście decydował ułamek sekundy...
Do tragedii nie doszło.
Zadziałały bowiem insltyrikt i odruch dane itylko tym, którzy momze znają, szanują i darzą je sympatią...

      Marynarz znalazł się w wodzie po stronie trapu okrętu. Wysoka fala miotała motorówką, która w każdej chwili mogła go przygnieść. Kmdr por. Wójcik zrobił to tak błyskawicznie, że nie wszyscy zdążyli zorientować się, co się właściwie stało. Jednym skokiem dopadł dziobu łapiąc marynarza za kołnierz bluzy, jednocześnie rzucając krótką komendę sternikowi. Tu rzeczywiście decydował ułamek sekundy...
Do tragedii nie doszło.
      Zadziałały bowiem instynkt i odruch dane tylko tym, którzy morze znają, szanują i darzą je sympatią...

chór.  sztab.  mar.  Adam KRAJEWSKI