Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 20.XI.1983r.

Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 20.XI.1983r.

OTWIERAM kolejne zebranie naszej POP na ORP "Warszawa" - zwrócił się sekretarz do siedzących w pomieszczeniu 9 ludzi. Zebrali się tutaj w niecodziennych warunkach dalekiego rejsu szkoleniowego. Widać na nich skutki wielodniowego pobytu na morzu: zmęczone twarze, zaczerwienione oczy. Wśród zielonkawych mundurów załogi wyróżniają się granatowe kombinezony mechaników. Są tu reprezentanci wszystkich działów okrętowych, przedstawiciele marynarskiej społeczności, podoficerowie, chorążowie, oficerowie. Sprawdzanie obecności na zebraniu jest czczą formalnością, przyszli bowiem ci, którzy akurat mają wolne, inni muszą pełnić wachty na swoich stanowiskach. Okręt jest w ruchu i zdąża do wyznaczonego sektora ćwiczeń. .

- Porządek zebrania obejmuje trzy punkty. Punkt pierwszy - sprawy personalne. Do komitetu naszej organizacji wpłynął wniosek st. mar. Jerzego Zyrczuka-Żara z prośbą o przyjęcie w poczet kandydatów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Kandydat

Siedzący dotąd w grupie towarzyszy marynarz wstaje. Jest wyraźnie przejęty, speszony pod wpływem wzroku zebranych. Nerwowo miętosi w dłoniach beret. Sekretarz przedstawia zebraniu dane personalne marynarza, odczytuje też opinie polecające wystawione przez dowódcę działu i organizację okrętową ZSMP.

      St. mar. Jerzy Zyrczuk-Żar na okręcie pełni służbę blisko 2 lata. Po przeszkoleniu podstawowym i ukończeniu kursu w CSSMW w Ustce przybył na "Warszawą" jako artylerzysta - jest celowniczym podniesienia armaty, z II klasą specjalisty wojskowego. W cywilu pracował jako mechanik pojazdów drogowych w rodzinnym Pieńsku Podlaskim.

      Słabo dotąd znał morze, jeszcze mniej wiedział o służbie w Marynarce Wojennej. Już od początku marynarskiego życia dał się poznać jako świadomy i aktywny żołnierz. Na okręcie szybko zdobył sobie sympatię kolegów i uznanie przełożonych. Sukcesywnie podwyższał swe kwalifikacje, słusznie bowiem założył, że efekty wyszkolenia obsady armaty widać bardzo konkretnie. Albo cel jest trafiony, albo nie. Wiele zaś zależy od celowniczego - znaczy od niego.
     Chcąc czynnie uczestniczyć w życiu załogi i okrętu wstąpił do koła ZSMP działu II. Po ośmiu miesiącach, jako dowód zaufania kolektywu marynarskiego, w czasie wyborów nowego zarządu koła powierzono mu funkcję przewodniczącego. Ta nominacja społeczna wyzwoliła w nim jeszcze więcej energii i zapału do pracy. Przed wojskiem nie znał smaku pracy społecznej, dopiero tutaj uczył się jej od początku.

      Znalazł w niej ujście dla swych ambicji i chęci czynienia dobrego dla innych i siebie. Już po kilku dniach rejsu poderwał kolegów do czynnego współzawodnictwa z innymi działami u. W odezwie jaką rozwiesili na wstąpieniu w szeregi PZPR myślał już wiele, miesięcy wcześniej. Jednak wiosenny pobyt okrętu na redzie - przygotowanie do zadań i ćwiczeń okrętu, opóźniły realizację tego zamierzenia. O partii słyszał wiele od swego ojca, wieloletniego działacza. Często rozmawiali na tematy polityczne i społeczne. Pod wpływem tych dyskusji ukształtowała mu się wrażliwość na wiele problemów ludzkich. Decyzję o wstąpieniu podjął jednak samodzielnie, bez konsultacji z ojcem. Odpowiedzialność bowiem za własne postępki członka PZPR ponosić będzie przecież sam.

      Na wniosek towarzyszy charakterystykę młodego kandydata przedstawił ogółowi przełożony marynarza, por. mar. Bogdan Kacprowicz.
- "To dobry specjalista, zdyscyplinowany marynarz, aktywny społecznik. Z powierzonych zadań i obowiązków wywiązuje się wzorowo. W pełni zasługuje na przyjęcie go w poczet kandydatów PZPR!".

      Ta lakoniczna nieco, urzędowa opinia wystarczy jako rekomendacja. Większość obecnych zna przecież st. mar. Jerzego Zyrczuka-Żara, dobrze wie co potrafi i co myśli.

      Opinia jaką wystawiła mu organizacja młodzieżowa na okręcie obfituje w superlatywy. Tak się akurat złożyło, że podpisujący ten dokument w imieniu całego ZSMP-owskiego kolektywu przewodniczący zarządu okrętowego mat Roman Sanigórski - jest jednocześnie dowódcą drużyny kandydata. Spędzają wiele godzin przy obsłudze i konserwacji sprzętu, a tutaj łatwo można stwierdzić, czy słowne deklaracje wprowadza on w czyn. Jako przełożony, i w hierarchii organizacyjnej i służbowej, może o swoim koledze powiedzieć wiele dobrego. Właściwie same pozytywne rzeczy, bo do codziennej działalności młodego kandydata nikt nie ma zastrzeżeń.

- Czy są "pytania do kandydata? - pyta sekretarz. - Nie ma? Kto jest za przyjęciem starszego marynarza Jerzego Zyrczuka-Żara w poczet kandydatów PZPR proszę o podniesienie ręki! Sekretarz obiega wzrokiem zebranych licząc podniesione dłonie.

- Stwierdzam, że towarzysz Zyrczuk jednogłośnie został przyjęty w poczet kandydatów PZPR!

Salwą ognia!

Pogoda była jakby zamówiona specjalnie. Morze stosunkowo spokojne, wysoko świecące słońce oświetlało cały akwen, aż do horyzontu. Obracające się na masztach ORP "Warszawa" radary "zobaczyły" coś, czego nie mógł dostrzec najlepszy nawet sygnalista. Już po chwili meldunek dotarł do GSD. Ręka oficera wachtowego spadła na przycisk dzwonka.
Alarm bojowy dla działów artyleryjskiego i obserwacji technicznej.
Na dziobie okrętu, przy bryle stalowo-szarej wieży artyleryjskiej mignęło kilka postaci. Po chwili zniknęły we wnętrzu. "Śpiące" dotąd lufy drgnęły. Zatoczyły łuk po bezkresie nieba, przeciągnęły po linii horyzontu, zupełnie jakby obudzono je z długiego snu i nagle zmuszono do pełnej koncentracji i sprawności.
Przez okrętową rozgłośnię płyną meldunki o obsadzeniu stanowisk. Jest to także okazja do sprawdzenia łączności, tą drogą docierać będą wszelkie dane o wciąż niewidocznym gołym okiem celu.
Grupy awaryjne już myszkują po pomieszczeniach dziobu, zabezpieczają wszystko, co mogłoby ulec zniszczeniu lub uszkodzeniu podczas artyleryjskiej palby.
W wieży artyleryjskiej także panuje ruch. Jej dowódca, chór. mar. Tadeusz Iwański właściwie nie musi przypominać obsłudze co w jakiej kolejności muszą wykonywać. Podaje komendy, ale marynarze - artylerzyści z opanowaną do perfekcji wprawą i tak szybko sprawdzają funkcjonowanie poszczególnych urządzeń mających bezpośredni wpływ na samo strzelanie i jego efekty.
Po chwili składa meldunek: - Wieża gotowa do boju! I to na razie wszystko co artylerzyści mieli do zrobienia. Teraz pozostaje im w pełnej gotowości czekać...
Radar wykrył cel poza zasięgiem dział. Okręt zgodnie z podanym kursem kieruje się w stronę nieprzyjaciela. Z każdą chwilą odległość maleje.
Oczy specjalistów bacznie obserwują na ekranach nikły ślad celu. Trzeba wszystko wielokrotnie sprawdzić, upewnić się, że jest to na pewno obiekt do zniszczenia, a nie przypadkowa jednostka rybacka lub handlowa. Czekanie przeciąga się, okręt pełną mocą maszyn pruje fale zbliżając
się do celu na odległość skutecznego ognia. Centrala artyleryjska pracuje cały czas. Trwają zabiegi zmierzające do obliczenia odległości celu, jego prędkości i kierunku, z jakim się przesuwa. Wreszcie wchodzimy w sektor walki.
Radar artyleryjski, którym dowodzi chór. mar. Janusz Bobiński, bacznie śledzi cel. Marynarze - radarzyści - mat Jacek Szybura i st. mar. Krzysztof Kopecki ani na chwilę nie odrywają wzroku od plamki na ekranie radaru. Teraz zgubić cel to klęska! Cały czas podają dane do centrali artyleryjskiej. To wciąż jedyny kontakt z wrogiem, wzrokowo jest on nadal niewidoczny. Widzą go już za to specjaliści ze stabilizowanego Punktu Kierowania Ogniem. Ogromne dalmierze i dalocelowniki "przedłużają" możliwości ludzkiego oka. Tu wyraźnie widać, do czego artyleria otworzy ogień. O pomyłce nie może być mowy, to na pewno są tarcze imitujące obiekt nawodny przeciwnika.
W wieży artyleryjskiej rośnie napięcie. Tak jest zawsze tuż przed strzelaniem. Kiedy już napłyną z centrali konkretne dane, od nich, artylerzystów, zależy efekt końcowy strzelania. Zamkowi dział, prawego i lewego, st. mar. Sławomir Zabiegły i st. mar. Tadeusz Żuk, przygotowali już armaty. Ładowniczowie ładunków i nastawniczowie zapalników wykonali sprawnie swoje czynności. Zamki zatrzasnęły się, czyniąc działo w każdej chwili gotowe do strzelania.
Celowniczy podniesienia mar. Andrzej Miodek, zgodnie z wytycznymi z centrali, ustawia kąt pochylenia luf, celowniczy kierunku mar. Ryszard Konrad także ustawił wieżę na wprost tarcz. Cały czas pracuje celowniczy stabilizacji mar. Wiesław Sapiński utrzymując stałe położenie wieży do linii horyzontu, mimo że przecież okręt kołysze się na fali.

      Prowadzący strzelanie z centrali artyleryjskiej por. mar. Bogdan Kacprowicz z mikrofonem w dłoni czeka na najlepszy moment do oddania salwy. Sekundy mijają, głośno odliczane przez rozgłośnię.

      Cztery, trzy, dwa, jeden, zero-pal!
Silne szarpnięcie, huk i wdzierający się w zakamarki okrętu zapach prochu jest odpowiedzią na komendę otwarcia ognia.
Teraz obsługa radaru artyleryjskiego wpatruje się z uwagą w ekran, na którym za kilka sekund, ukażą się ślady po pociskach.

      Krótkie informacje do centrali, podanie poprawek do wieży i znów - pal!
Druga, trzecia, czwarta salwa - i cisza. Cel rażony. Przerwać strzelanie.
Ustępują emocje, tylko w uszach wciąż jeszcze dzwoni huk wystrzałów. Ale nie przeszkadza to, aby usłyszeć komendę: - Odbój alarmu bojowego! Artylerzyści nie schodzą jeszcze ze swych stanowisk bojowych. Ta chwila odpoczynku jest im niezbędnie potrzebna. Głos dowódcy płynący z głośników rozgłośni bojowej dodaje im nowych sił: Cel zniszczony, obsada działu II i V - dziękuję za dobrą robotę!

Z uśmiechem i radością w oczach zabierają się do czyszczenia i porządkowania sprzętu...

st. chór. mar. Adam KRAJEWSKI

Na chwilę przed salwą.. St. mar Tadeusz Żuk i mar. Dariusz Majewski załadowują lewą lufę armaty.



Celowniczy podniesienia mar. Andrzej Miodek zgodnie z otrzymanymi z centrali danymi unosi na wymaganą wysokość milczące dotąd lufy.


W prawym przedziale wieży artyleryjskiej ładunki przygotowują st. mar. Sławomir Zabiegły i mar. Marek Gorzelak


Dowódca wieży artyleryjskiej chor. mar. Tadeusz Iwański bacznie śledzi tok wykonywanych przez obsadę czynności.

Cztery, trzy, dwa, jeden, zero...Salwą - ognia!

Foto: A. Krajewski