Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 31.X.1982r.

Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 31.X.1982r.

Artylerzysta czterech niszczycieli.

Zadanie wykonano na piątkę.

Bo w jedności siła..

Artylerzysta
Czterech Niszczycieli

Wpisany do "Honorowej Księgi Czynów Żołnierskich"

      OSTATNIO kilkunastoosobowa grupa, złożona z żołnierzy służby czynnej, rezerwy i pracowników  cywilnych  wojska, wyróżniona została z okazji Dnia Wojska Polskiego wpisem do "Honorowej Księgi Czynów Żołnierskich". Jest to dowód wysokiego uznania dla wzorowej służby i pracy tych ludzi w Siłach Zbrojnych PRL oraz ich szczególnych zasług dla socjalistycznej Ojczyzny. To zaszczytne wyróżnienie - stwierdził na spotkaniu z uhonorowanymi minister Obrony Narodowej gen. armii Wojciech Jaruzelski - ma szczególną wymowę w bieżącym roku, roku stanu wojennego. Tegoroczna karta jest kartą złotą w tej księdze, potwierdzającą, że nasze siły zbrojne z honorem wypełniły swój obowiązek, symbolicznie wyrażającą wkład wojska do tej najwyższej narodowej sprawy i podziękowanie dla żołnierzy za służbę i pracę na posterunkach, na których postawił ich rozkaz..." Jedynym wśród wpisanych w roku 1982 do "Honorowej Księgi Czynów Żołnierskich" przedstawicielem Marynarki Wojennej jest chór. mar. Tadeusz Iwański - członek załogi ORP "Warszawa"; wzorowy dowódca, 3-krotny mistrz MW w specjalności artylerzysty. "Urodzony" z niego widać artylerzysta, skoro większą część życia wypełniało mu codzienne obcowanie z działami okrętowymi. Przyznać jednak trzeba, że w młodości chór. mar. T. Iwański nie myślał nawet o skojarzeniu z nimi swojej przyszłości, posiadał ongiś całkiem odmienne zamiary i plany życiowe. Miał bowiem fach geodety, zaś rozpoczynając 27 lat temu zasadniczą służbę wojskową w Marynarce Wojennej zdecydowany był po spełnieniu tego obywatelskiego obowiązku powrócić do rodzinnego Bodzentyna, by ponownie podjąć pracę w kieleckim przedsiębiorstwie miernictwa. Posiadał poza tym szansę znalezienia zatrudnienia w dobrze płatnej profesji spawacza. Kwalifikacje w tym zakresie zdobył jeszcze w szkole zawodowej.
W miarę jednak upływu służby T. Iwański nabierał do niej coraz większego upodobania.
      W konsekwencji tego zrezygnował z powrotu do domu po sfinalizowaniu zasadniczej służby wojskowej. Wolał nadal pozostać w mundurze, w bezpośrednim kontakcie z morzem, do którego przywiązał się mocno. Zanim jednak powziął tę decyzję, gruntownie zdążył opanować specjalność artylerzysty.

      Edukację w zakresie artylerii zapoczątkował w Szkole Podoficerów Artylerii Nadbrzeżnej, dokąd skierowano go bezpośrednio po szkoleniu unitarnym. Po upływie intensywnego szkolenia specjalistycznego był już dowódcą drużyny artylerii małego kalibru. Mógł więc spodziewać się, że po ukończeniu szkoły podoficerskiej otrzyma przydział na stanowisko odpowiadające kierunkowi nabytych kwalifikacji.

      Zdziwił się jednak, kiedy oznajmiono mu, że obejmie obowiązki dowódcy drużyny... dalmierzystów na będącym wówczas "w linii" niszczycielu "Burza". Uwarunkowała to okoliczność braku wśród załogi człowieka predestynowanego do pełnienia takiej funkcji. Wiedziano natomiast, że będąc w SPAN-ie Iwański przeszkolony został również w zakresie obsługi dalmierza, stąd zaproponowano mu to stanowisko. Już najbliższe tygodnie dowiodły, że dobrze radził sobie z obowiązkami. Kiedy już zdążył mocno wrosnąć w środowisko załogi "Burzy" oraz ugruntować swój sentyment do tego okrętu, przyszła pora rozstania się z nim na zawsze. "Burzy" bowiem przeznaczono rolę okrętu-muzeum.

      Od wiosny 1960 roku macierzystą jednostką podoficera stał się z kolei, nie mniej sławny z lat minionej wojny, niszczyciel ORP "Błyskawica". W momencie pierwszego przekraczania jej trapu Iwański miał już kilkuletnie doświadczenie w służbie na morzu, potwierdzone kolejnym stopniem wojskowym - bosmanmata.
      W tajemniczając go w szczegóły życia i zadań specjalistów działu artyleryjskiego, dowódca jego udał się z podkomendnym na dalmierz, mówiąc m.in.: - Możesz nadal, jeśli zechcesz, pozostać przy dalmierzu, bądź też zajmiesz się dowodzeniem obsług wież artyleryjskich. Odszedł właśnie do rezerwy dotychczasowy ich "szef" bosmat Prażuch, mógłbyś zająć jego miejsce. Zastanów się nad tym dobrze...
      Podoficer nie namyślał się długo. Zaraz bowiem wyraził chęć obsadzenia wakującego stanowiska szefa wież artylerii głównego kalibru, jakkolwiek zdawał sobie sprawę, że zaadaptowanie się w nowe, odmienne od wcześniejszych obowiązki wymagać będzie solidnego przyłożenia się do pracy, siły woli i poświęcenia. Przynajmniej w ciągu najbliższych tygodni.

      Z czasem rzetelny trud Tadeusza Iwańskiego przyniósł oczekiwane efekty. Obsługi wież artyleryjskich "Błyskawicy" z roku na rok wykonywały zadania ogniowe przeważnie na oceny b. dobre. Niemała w tym oczywiście była zasługa ich "szefa". Częste wyjścia okrętu na morze, podyktowane potrzebą wykonania strzelań artyleryjskich, bądź uczestniczenia w innego charakteru zadaniach i ćwiczeniach, sprzyjały doskonaleniu kwalifikacji specjalistycznych podoficera, bogaciły jego doświadczenie w zakresie posiadanej funkcji służbowej.

      Jednak latem 1969 roku okoliczności znowu skłoniły go do przejścia na niszczyciel "Grom". Przez krótki czas kontynuował służbę na tym okręcie, na identycznym, co poprzednio, stanowisku, po czym od momentu podniesienia biało-czerwonej bandery na ORP "Warszawa" i wcielenia jej do składu jednostek naszej floty, Iwański do dziś sumiennie spełnia na nim swoje odpowiedzialne zadania. Trzynasty już rok. Najdłużej, w stosunku do poprzednich miejsc służby. Należą do niego konkretnie obowiązki dowódcy wieży artyleryjskiej na tym niszczycielu. Trzy lata temu za szczególne zasługi w pracy służbowej i wychowawczej awansowany został do stopnia chorążego marynarki.

      Pytając dowódcę ORP "Warszawa", czy uwarunkowany został fakt przedstawienia właśnie chór. mar. Tadeusza Iwańskiego do wyróżnienia wpisem do "Honorowej Księgi Czynów Żołnierskich", oficer odpowiedział wówczas:- Złożyło się na to wiele motywów. Głównie jednak aktywny stosunek chór. mar. Iwańskiego do swoich powinności, jego ofiarność i poczucie odpowiedzialności za powierzony odcinek pracy. U niektórych ludzi np. dostrzec można cykliczną aktywność, tj. raz większą, innym znów razem mniejszą. Chor. mar. Iwański natomiast zawsze jest jednakowo bardzo aktywnym - jest wzorowym dowódcą i wychowawcą. Taka widać jest już jego natura. Stąd też zarówno osobiste osiągnięcia chorążego, jak i efekty jego działalności szkoleniowo-wychowawczej są nieprzeciętnej miary. Te okoliczności najbardziej, moim zdaniem, kwalifikowały go do tak zaszczytnego wyróżnienia...
      I rzeczywiście są to osiągnięcia szczególne. Potwierdzić je może wiele zresztą faktów. Wszyscy np. podkomendni chór. mar. Iwańskiego - oprócz jednego tylko marynarza, posiadającego krótki stosunkowo staż służby wojskowej - legitymują się cenzusem specjalisty II względnie III klasy. Mundury co najmniej połowy z nich zdobią odznaki "Wzorowy Marynarz". Obsługa wieży systematycznie zdobywa miano "Drużyna Służby Socjalistycznej".

      Bardziej chyba znaczącym zjawiskiem są pomyślne wyniki wykonywanych przez artylerzystów zadań ogniowych. Szczególnie imponująco wywiązali się z nich podkomendni chór. mar. Iwańskiego w roku bieżącym. Strzelania wykonywane np. podczas tegorocznych działań morskich artylerzyści z ORP "Warszawa" sfinalizowali na ocenę b. dobrą, zapewniając naszemu niszczycielowi w tym względzie zaszczytne pierwsze miejsce.

      Z indywidualnego natomiast dorobku dotychczasowej ofiarnej służby chor. mar. Tadeusza Iwańskiego podkreślenia wymagają takie zwłaszcza fakty, jak posiadanie (już na stałe, bez obowiązku okresowego weryfikowania) tytułu artylerzysty okrętowego I klasy, trzykrotne zdobywanie tytułu mistrza Marynarki Wojennej w tej specjalności oraz tytułu wyróżniającego wraz ze srebrną odznaką "Wzorowy Dowódca". Na mundurze Chorążego naszyte są baretki kilku odznaczeń państwowych i resortowych, a wśród nich Złotego i Brązowego Krzyża Zasługi.
      Nie sposób zresztą wyszczególnić wszystkich jego dotychczasowych wyróżnień, wielu dyplomów, pisemnych podziękowań i listów gratulacyjnych, przyznanych przez wyższych przełożonych. Posiada on również medal "Za Zasługi dla Marynarki Wojennej".

      A już szczególnie satysfakcjonuje doświadczonego artylerzystę wiadomy fakt wpisania w roku bieżącym jego nazwiska i zasług w "Honorową Księgę Czynów Żołnierskich".
      - Szczerze mówiąc - wyznał chor. mar. Tadeusz Iwański - nie oczekiwałem wyróżienia tej miary. Zawiera ono bardzo wysoką ocenę mojej pracy przez przełożonych. Czuję się tym mocno zaszczycony w sensie moralnym. Jednocześnie chcę jednak dodać, że wyróżnienie to zawdzięczam nie tylko efektom własnej pracy, ale również w dużej mierze dobremu wyszkoleniu moich artylerzystów, ich ofiarnej postawie i sumienności w realizowaniu codziennych, często trudnych zadań...

Janusz JOACHIMCZAK

NA ZDJĘCIU: Trzykrotny mistrz Marynarki Wojennej w specjalności artylerzysty chor. mar. Tadeusz Iwański.
Foto - T. Ignacik

Zadanie wykonano - na piątkę

Zmrok...
Za chwilę oderwiemy się od nabrzeża i ruszymy na poligon, by wykonać kolejne zadanie programowe. Wiele było ich w tym roku, więc dla załogi to żadne novum.
Ot, po prostu zamknięcie kolejnego etapu żmudnego szkolenia teoretycznego i jeszcze jedno sprawdzenie swoich żołnierskich umiejętności, gotowości do obrony naszego morza.

Z.d.o. poleca zdjąć ostatnie cumy, łączące nas z lądem. Zaczyna się niezwykle trudny manewr bezpiecznego wyprowadzenia okrętu z portu. Warunki "meteo" są korzystne, widzialność znakomita, wiatr słaby, odpychający. Jednak przy wysokich nadbudówkach "Warszawy" każdy wiatr staje się groźny, działa przecież na dużą powierzchnię, jak na szeroko rozpostarty żagiel. Pomimo tego, na głównym stanowisku dowodzenia panuje wyjątkowy spokój i cisza. Tylko dowódca i z.d.o. przebiegają co chwilę z jednego skrzydła pomostu na drugie, obserwując zmieniającą się sytuację.
      - Lewy bardzo wolno naprzód, prawy bardzo wolno wstecz - komenderuje z.d.o. Stojący przy manetkach st. chór. mar. Ludomierz Karczewski powtarza sygnał i przekazuje go do siłowni. Przez chwilę słychać terkotanie telegrafu maszynowego. I gwałtownie urywa się; już zrozumieli, odrepetowali. Okręt drży teraz jeszcze silniej, rufa wolno odsuwa się od mola.
Na tym kolosie nie wszystko da się dojrzeć samemu. Trzeba więc mieć ogromne zaufanie do ludzi z obsad manewrowych.

 Rufa jest już na wodzie, można się wycofać w kanał portowy, tam więcej miejsca. Ryk syreny ogłasza wszystkim wokół nasz manewr. Kolejny niebezpieczny rejon, sterczące ramię kosy portowej. Zbyt szybko nas na nią znosi. Trzymający rękę na pulsie dowódca proponuje odstawić lewy silnik. Z.d.o. korzysta skwapliwie z tej podpowiedzi. Kolos posłusznie rusza wstecz. Niebezpieczeństwo zażegnane, jesteśmy w kanale. Teraz tylko sprawny obrót i już suniemy majestatycznie ku główkom wyjściowym. Wszyscy obecni na pomoście gwałtownie się rozprężają.
Brodaty sternik chór. mar. Edward Guz wsparty plecami o poręcz swego stanowiska pewnie prowadzi potężną jednostkę wprost na przerwę w falochronie. W oddali majaczy sylwetka holownika ciągnącego tarczę. - To chyba ten nasz - mówi por. mar. Czesław Martyna.


- Czy on się aby doczłapie na czas na pozycję strzelania? - pokpiwa już całkiem spokojny z.d.o. Dowódca milczy. Jeszcze pięć minut pozostało do zamówionego czasu wyjścia. Poleca zmniejszyć obroty. Wiadomo, ich okręt zawsze mija portowe główki z dokładnością szwajcarskiego zegarka. Więc zwalniają. - Jest zgoda na wyjście - melduje sygnalista. Znowu terkot telegrafu maszynowego i już jesteśmy na otwartej przestrzeni morza. Podczas przejścia na wyznaczony do dzisiejszego zadania poligon zaplanowane są ćwiczenia ogólnookrętowe. Bohaterowie - artylerzyści nie marnują danego im czasu. Dowódca wieży artylerii głównej chor. mar. Tadeusz Iwański rozpoczyna od krótkiej odprawy. Obsada sprawnie ustawia się na tle rozświetlonej słońcem stalowej osłony swojego stanowiska bojowego. - Dziś strzelanie centralne - zaczyna chor. mar. Iwański - więc celować będą za nas inni. My mamy tylko precyzyjnie zgrać przyrządy i załadować. Ale są przewidziane awarie. To trzeba przetrenować. Nie wiadomo jakie wprowadzenia padną podczas zadania. Musimy być na wszystko przygotowani. Marynarze pilnie słuchają, żadne słowo przełożonego nie ujdzie ich uwagi. Szanują go i kochają jak ojca. Bo też niczym rodzony potrafi "nagadać" kiedy trzeba, obronić, a nawet poprawić pagon czy dopiąć moleskin. Niczym najtroskliwszy opiekun zawsze wie, czego im brak, co utrudnia im normalne wykonywanie żołnierskich powinności. Ostatnio został wyróżniony Złotym Krzyżem Zasługi i wpisem do ..Honorowej Księgi Czynów Żołnierskich". Wspaniałe ukonorowanie 27 lat rzetelnej służby okrętowej. Cała załoga cieszyła się tym sukcesem, a już szczególnie oni, jego podopieczni, maleńka rodzina obsługująca, dowodzoną przez niego, wieżę artyleryjską. Na sygnał, błyskawicznie zajmują swoje stanowiska. Potężne stalowe cielsko, niczym zabawka, obraca się i przechyla we wszystkich kierunkach. To sprawdzenie urządzeń stabilizacyjnych. Od tego zawsze rozpoczynają działanie. Nastawniczy celownika st. mar. Marek Treptow zastygły w oczekiwaniu wsłuchuje się w głos siedzącego nieco powyżej dowódcy. Gdy tylko padną komendy, on natychmiast musi wprowadzić dane na przyrząd. Jest skupiony. Niby to nie pierwsze jego zadanie, już prawie rok pływa na okręcie. A jednak za każdym razem przeżywa taki sam dreszcz emocji, jak nowicjusz. Z CSSMW przyszedł zaraz po przysiędze, bez specjalności, tak jak większość jego kolegów.

Wszystkiego uczył się od podstaw. To, że aktualnie posiada III klasę specjalisty wojskowego, zawdzięcza właśnie dowódcom różnych szczebli, którzy cierpliwie "wbijali mu do głowy" niezbędną na tym stanowisku wiedzę. Szczególnie dowódca drużyny mat Ryszard Kruszewski poświęcał mu najwięcej czasu. Teraz każde udane strzelanie to jakaś cząstka spłaconego długu wdzięczności wobec nauczycieli. Do szkieł celownika podniesienia przywarł oczyma st. mar. Zbigniew Cielecki. Już 2 lata pełni służbę na "Warszawie", .więc dobrze zna swoje rzemiosło. Ma przecież III klasę specjalisty i brązową odznakę "Wzorowy Marynarz". Jest pierwsza awaria. Uszkodzony podnośnik. Oczywiście tylko aplikacyjnie, ale wiadomo, że plecy ładowniczych spłyną teraz potem. Stojący przy podnośniku st. mar. Jerzy Jachimowski chwyta blisko trzydziestokilogramowy ładunek i unosi do góry, na łoże dosyłacza. Po chwili następny, a po nim jeszcze jeden. Mięśnie prężą się w nieustannym wysiłku. Chwila przerwy, wreszcie można się wyprostować.

St. mar. Jachimowski ociera rękawem moleskinu kropelki, które nagle zaperliły mu się na czole. Na sąsiednim dziale koledzy wykonują te same gesty. Uśmiechają się do siebie, jakby co, z pewnością nie zawiodą. Kolejny element - awaria sieci odpalania. Trzeba szybko przejść z elektrycznego na ręczne. Znów moment maksymalnego skupienia i kolejna porcja wysiłku. Ale poradzili sobie, nic nie może im przeszkodzić w wykonaniu zadania. Na głównym stanowisku dowodzenia trwają skrupulatne obliczenia. Właśnie weszliśmy na poligon, radiotelegrafista już przekazał meldunek do bazy. A gdzie nasz holownik z tarczą? Na ekranie radarowym tylko maleńka świetlna plamka wybłyskuje przy każdym obrocie anteny. Ale st. mar. Kazimierz Sałucha już wie, że to ich cel. Od początku nie spuszczał go z oczu. Teraz maluch zbliża się na pozycję wyjściową, muszą chwilę zaczekać. Czas zaczyna się wlec. Każdy chciałby mieć to za sobą. Nareszcie wszystko jest tak, jak na planie ćwiczenia. Ledwo widoczna pomarańczowa tarcza sunie równolegle do nas prosto po samej krawędzi horyzontu. Radarzysta podaje odległość, ponad osiem mil morskich. Szybko przelicza na skraju notesu. To ponad 15 kilometrów.

      - Mogło być dalej - mówi dowódca działu artyleryjskiego por. mar. Mikołaj Kościuk -tylko warunki bezpieczeństwa wymagają, aby holownik był w zasięgu wzroku.

Tam przecież są ludzie. Dowódca wydaje rozkaz do otwarcia ognia i biegnie z lornetką na skrzydła pomostu. Tuż obok staje zastępca do spraw politycznych. Narasta napięcie. Oczy wszystkich przyklejone do powiększających szkieł, jakby same chciały przebić maleńki cel. Nikt nie śmie się odezwać, panuje całkowita cisza.
I nagle potężny ryk rozdziera powietrze, dym niosący zapach spalonego prochu przesiania widok. Słychać wibrujący szum leżącego pocisku. Zasłona z wolna opada przeganiana lekkim wiaterkiem. Ale nie widać wybuchów. Obserwatorzy niecierpliwią się, kiedy wreszcie te pociski dolecą?
Nareszcie są. Słupy wody wytryskują wokół tarczy.
- Pięć w lewo. Dwa w lewo. W celu! - Te ostatnie słowa chór. mar. Guz, który jest w grupie obserwacji i zapisów, krzyczy niczym rozradowany kibic na meczu piłkarskim. Ale przecież jest się z czego cieszyć. Ogólna radość opanowuje wszystkich stojących na pokładzie. Wszyscy czują się współtwórcami sukcesu.

Kolejne wybuchy wstrząsają kadłubem niszczyciela. Wysoko w dalmierzu, skupieni nad przyrządami, siedzą faktyczni twórcy dzisiejszego sukcesu. Celowniczy kierunku st. mar. Wojiech Jasiak nieprzerwanie wpatruje się w celownik optyczny .i wciąż wprowadza nowe poprawki. Widzi jak pociski uderzają w wodę wokół tarczy, jest pewny trafienia, ale na okrzyki triumfu będzie jeszcze czas. Teraz musi dokończyć swoje dzieło. Jeszcze pół roku dzieli go od zakończenia służby. W ciągu minionych dwóch lat zdobył III klasę specjalisty i srebrną odznakę "Wzorowy Marynarz". A zaczynał, podobnie jak wielu, od zera. Elektrotechniki i optyki w zakresie niezbędnym w jego codziennej służbie uczył się od dowódcy działu, dowódcy grupy, a wreszcie od starszych kolegów. Teraz sam potrafiłby wiele powiedzieć o obsługiwanych przez siebie urządzeniach swojemu następcy. Czeka więc niecierpliwie na jego przyjście.

Huk milknie tak nagle, jak się rozpoczął. Już po wszystkim. Płyniemy w kierunku tarczy,
zobaczyć efekty naszego strzelania. Operator grafiku z centrali artyleryjskiej st. mar. Wojciech Filip jest pełen optymizmu. To on wypracowywał elementy ruchu celu niezbędne do celnego strzelania. Wie, że zrobił to dobrze, przecież wykonuje tę czynność od prawie dwóch lat.
- Rzadko się zdarza, żebyśmy nie trafili - mówi. W czasie ostatnich wspólnych ćwiczeń trzech bratnich flot otrzymaliśmy najwyższe oceny. To się nie wzięło z powietrza. My naprawdę dobrze znamy swoją marynarską robotę. Nie pomylił się. Przepływając obok tarczy wszyscy liczymy głośno przestrzelmy, te małe, po odłamkach, i tę jedną wielką, po bezpośrednim trafieniu. Wszyscy gratulują swoim artylerzystom.
 - Proponuję... ocenę bardzo dobrą - mówi dowódca okrętu.

por. mar. Andrzej WASIAK

NA ZDJĘCIACH: l - Przed strzelaniem dowódca wieży przeprowadza z obsadą instruktaż; 2 - GSD - stąd płyną komendy do otwarcia ognia; 3 - St. mar. st. mar. Wacław Insadowski i Jerzy Jachimowski ładują lewe działo; 4 - Mat Ryszard Winnicki i st. mar. Sławomir Zabiegły oczekują na komendy do otwarcia ognia 5 - Sygnalista wskazuje cel.; 6 - Mat Ryszard Kruszewski i st. mar. Zbigniew Blada ładują prawe działo; 7 - Artyleria ORP "Warszawa" otwiera celny ogień.
Foto - bosm. szt. Tomasz Ignacik

BO W JEDNOŚCI SIŁA...

HASŁO "w jedności siła" zrozumiałe jest dla nas bez dodatkowych objaśnień. Urzeczywistniane jest ono w całym Układzie Warszawskim, stanowiącym gwarancję bezpieczeństwa państw socjalistycznych. Nienaruszalność bałtyckich granic państw socjalistycznych strzegą okręty i jednostki lądowe oraz lotnictwo morskie: dwukrotnie odznaczonej Orderem Czerwonego Sztandaru Floty Bałtyckiej Związku Radzieckiego, Ludowej Marynarki NRD i Marynarki Wojennej PRL; w razie zagrożenia któregokolwiek z państw, działania obronne rozpoczną okręty wszystkich trzech sojuszniczych flot...
By jednak gotowość i sprawność bojowa każdej z flot z osobna i wszystkich razem stała na najwyższym poziomie, muszą odbywać się wspólne szkolenia morskie, doprowadzające do perfekcji umiejętność działania pod wspólnym dowództwem, do zgrania załóg, poznania własnych umiejętności i możliwości. Takie ćwiczenia miały już niejednokrotnie miejsce...
OKRĘTY wybrały kotwicę. Na masztach załopotały wielobarwne flagi kodu sygnałowego. Począł formować się szyk bojowy. Na jego czele sunął niszczyciel rakietowy ORP "Warszawa". Ustalono jednakową dla wszystkich jednostek prędkość. Załogi były na stanowiskach bojowych. Jeszcze przed rozpoczęciem wspólnych zajęć na morzu odbyły się dwa etapy przygotowawcze. Pierwszy miał miejsce na wyższych szczeblach sojuszniczych flot i doprowadził do opracowania szczegółowych planów zadań na morzu. Etap drugi, na redzie, dał początkowe zgranie załóg okrętowych, uściślenie dokumentów, wypracowanie zasad współzawodnictwa i wymianę doświadczeń w pracy oficerów specjalistów i przedstawicieli aparatu partyjno-politycznego. Na kilka godzin przed podniesieniem kotwic odbył się wiec przyjaźni, na którym obecny był dowódca Marynarki Wojennej, admirał Ludwik Janczyszyn wraz ze swymi zastępcami. Chor. mar. Jacek Pustelnik odczytał rezolucję wiecu.
Zajęcia morskie realizowane były od pierwszych chwil rejsu. Warunki hydrometeorologiczne nie były najlepsze - pogorszyła się pogoda, nadszedł front burzowy. Wzrósł wiatr i fala. Taka pogoda towarzyszyła zespołowi okrętów przez większą część rejsu.

Ludzie przeszli test maksymalnej wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Przy tym stwierdzono, że w takich warunkach sztormowych, a więc trudnych, okręty współdziałają ze sobąznakomicie, z dnia na dzień poprawia się sprawność łączności, przepływu informacji i funkcjonowania kanałów dowodzenia. Z każdą chwilą okręty spajały się w jeden precyzyjny organizm potrafiący wykonywać każde powierzone mu zadanie bojowe. Odbyło się kilka strzelań artyleryjskich. Armata przeciwlotnicza, której obsadą dowodził chor. mar. Józef Kosobucki, odpierała pozorowane ataki "nieprzyjacielskich" samolotów, prowadziła również ogień do celów morskich. Doskonałe wyniki uzyskiwała również załoga wieży artylerii średniego kalibru, dowodzona przez chor. mar. Tadeusza Iwańskiego. Inne okręty zespołu również wykonały zadania ogniowe na najwyższe oceny.

      Jednostki nawodne w zespole poszukiwały zanurzonych okrętów podwodnych, które w czasie ćwiczeń pozorowały jako "nieprzyjacielskie". Specjaliści działu obserwacji technicznej "Warszawy", dowodzonego przez kmdra ppor. Henryka Haładudę, wykazali wysoki poziom wyszkolenia. Również dział nawigacyjny kpt. mar. Witolda Wójcika czy elektromaszynowy kmdra ppor. Mariana Wróblewskiego stanęły na wysokości zadania.

Między okrętami zespołu istniała ostra rywalizacja podczas każdego z zadań. Walczono o miano najlepszego okrętu bojowego, najlepszej jednostki pomocniczej czy o tytuł przodującego działu artyleryjskiego. Były okazje i do tego, aby spotkać się w gronie przyjaciół i wymienić doświadczenia. Wszak każda dziedzina działalności bojowej powinna być doprowadzona do perfekcji, a jednostki sojusznicze mają "swoje" sposoby na wypracowywanie sukcesów. Nauczono się więc wiele, a cel został osiągnięty - było nim osiągnięcie jak najwyższego poziomu gotowości bojowej załóg jednostek pływających i zgranie ich morskiego działania.
ORP "WARSZAWA" wielokrotnie uczestniczył we wspólnych ćwiczeniach sojuszniczych flot na morzu - powiedział chor. mar. Jacek Pustelnik, dowódca grupy torpedowe-minowej niszczyciela. - M.in. wspólnie z radzieckimi towarzyszami broni przeprowadzaliśmy strzelania rakietowe. Działanie w zespole stwarza możliwość uzyskania nowych doświadczeń, umacnia to również moc obronną sojuszniczych flot na Bałtyku. Wspólne ćwiczenia - to jednocześnie okazja do umocnienia jedności ideowej załóg okrętowych i całych sojuszniczych flot. Tylko bowiem - w jedności siła...

kpt. mar. Andrzej KUCZERA

NA ZDJĘCIACH: U góry - ORP "Warszawa" wykonuje strzelanie rakietowe; poniżej - Spotkanie przedstawicieli trzech bratnich flot.