Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 04.VII.1982r.

Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 04.VII.1982r.

Kiedy zaokrętowałem się na "Warszawie", goniec zaprowadził mnie do pomieszczenia mieszkalnego, oznaczonego numerem 9. Znajdowało się w rufowej części niszczyciela. Była godzina dwudziesta czwarta bez kilku minut, niektórzy mieszkańcy już spali, inni kręcili się z ręcznikami, przewieszonymi przez szyję, ktoś czytał gazetę, inny układał swoje rzeczy w szafce i bakiście. Paliła się jedna lampa, lekko oświetlając umieszczone w trzech poziomach koje - jedna od drugiej bardzo blisko.
      Nie spał jeszcze komendant pomieszczenia, którym wyznaczono ppor. mar. Ryszarda Chajęckiego. Pełnił honory domu, miał dbać, aby przez cały okres rejsu niczego nikomu nie zabrakło.

      Spostrzegłem, że jest tutaj również kpt. mar. Kazimierz Bordewicz, mechanik z okrętu hydrograficznego "Bałtyk". Razem rozpoczynaliśmy studia w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej, lecz na różnych wydziałach. Kazimier. wskazał mi dwuosobową szafkę, do której zapakował na razie sam swoje rzeczy.
      Spośród śpiących oficerów niewielu mogłem rozpoznać. Odwrócili się do burty, otulili kocami w białych poszwach; ktoś chrapał. Zauważyłem tylko, że nad kpt. mar. Bordewiczem zasnął już kmdr por. Mikołaj Popławski. Jego starannie poskładany drelich leżał na długiej ławie, jednej z dwóch, ciągnących się wzdłuż stołu, który służyć miał do posiłków.
      Okręt usypiał, podobnie jaki mieszkańcy pomieszczenia ,,9". Koja nade mną stała wolna, oczekiwała dziennikarza z "Żołnierza Wolności". Kto dojedzie z Warszawy, jeszcze nie wiedziałem. Kilka innych koi również świeciło pustką. Ich użytkownicy mieli zjawić się w najbliższych dniach, gdy niszczyciel będzie stał na redzie.
      Aby położyć się na koi, należało usiąść na jej brzegu, pochylić się mocno do przodu (inaczej nie można, bo górna koja uderza w głowę), a następnie wśliznąć się bokiem na pościel. O wiele trudniej manewr ten przebiegał, gdy trzeba było dostać się do jednej z koi, umieszczonych wyżej, a szczególnie na fali. Mieszkańcy najwyższych pięter szybko jednak wypracowali sobie własne metody. Przestało to być wkrótce problemem. W okrętowych warunkach nie takich rzeczy ludzie się uczą.
      Przez sen jeszcze dotarł do mnie sygnał alarmu manewrowego. Z niektórych koi, w półśnie, pozrywali się oficerowie okrętowi i, nie namyślając się wiele, w drodze jeszcze poprawiając umundurowanie, zniknęli we włazie. Siłownia, umieszczona dwa piętra niżej, uruchamiała mechanizmy. Łomotało.
      Po sprawnym manewrze i odboju pomieszczenie znowu zapełniło się ludźmi. Nikt już nie spał, nawet z grona nowo zaokrętowanych. Przy stole siedział ppor. mar. Mirosław Danilewicz, dowódca działu artyleryjskiego z kutra rakietowego. Podczas rejsu miał trzymać wachtę na stanowisku dowodzenia działem obserwacji technicznej. Polecono mu również pilne studiowanie nawigacji taktycznej, miał być bowiem specjalistą i w tej dziedzinie. Porucznik więc, poważny i odpowiedzialny oficer, ślęczał właśnie nad otwartym podręcznikiem, analizując jakiś szczególny przypadek manewru okrętowego.
      "Warszawa" rzuciła kotwicę na redzie. Widać było daleki brzeg i bazę. "Obserwację", prowadzić można było - gdy wiatr ustawiał niszczyciel burtą w tamtą stronę - z jednego z dwóch iluminatorów, "okienek na świat", z pomieszczenia dziewiątego.

      Na okręcie wyznaczono służbę operacyjną. Na jedną z pierwszych odmaszerował mieszkaniec naszego pomieszczenia, kmdr por. Jan Zgodzmski, wykładowca z WSMW i doświadczony dowódca ścigaczy okrętów podwodnych. Podczas rejsu niejednokrotnie opowladał nam, a czynił to z dużym znawstwem przedmiotu, o swojej byłej służbie na tych pięknych okrętach,. zasadach dowodzenia, kierowania ludźmi i wychowania. Młodzi oficerowie z "Warszawy", znający komandora z okresu studiów, z zainteresowaniem słuchali jego gawęd.
      W pierwszym dniu zarządzono odprawę czaswo zaokrętowanych oficerów. Przybył na nią m.in. kmdr por. Jerzy Kubiak; specjalista mechanik, i kpt. mar. WaldemarZdrojewski. Dowódca okrętu mówił nam o warunkach bezpieczeństwa na okręcie, przedstawił najbliższe przedsięwzięcia, zaprezentował swoją załogę i okręt.

      Któregoś dnia popłynęliśmy motorówką do portu. Tam odbywały się szkolenia specjalistyczne. Wracaliśmy już z większą obsadą. Przybył bowiem dziennikarz z "Żołnierza Wolności", mjr Janusz Borkowski, przy mnie zaś na ławeczce siedział kmdr ppor. Henryk Sołkiewicz, absolwent WSMW z, 1969 roku. Otrzymał on przydział na dolną koję po prawej stronie tzw. "przedziału kolejowego" - pewnego rodzaju wnęki w naszym pomieszczeniu, w której zawieszonych było sześć koi w pionach po trzy oraz stół dla mieszkańców "przedziału". Kmdr Sołkiewicz, wykładowca z naszej uczelni i absolwent uczelni radzieckiej, objawił nam się jako człowiek pełen niesłychanego. humoru, który nie opuszczał go nigdy. Już wkrótce okazało się, że wówczas, gdy wychodził, udając się na służbę, pomieszczenie stawało się puste, ciche i martwe. Nieczęsto zdarza się spotkać tak znakomitego gawędziarza, dla którego mówienie potrzebne jest tak bardzo, jak powietrze.

      Dopiero ruch w pomieszczeniu ,,9" rozpoczął się w dniu podniesienia kotwicy. Wszystkie organizmy okrętowe poczęły normalnie funkcjonować. Podporucznicy Krzysztof Waszczyk, spokojny i poważny oficer, oraz Jerzy Bojko, asystent w dziale nawigacyjnym, chodzili na wachty, zaś po ich. ukończeniu, zmęczeni kilkugodzinną pracą, odpoczywali na swoich kojach, czytali, rozmawiali. Również ppor. Jarosław Karpiuk, lubiący w chwilach wolnych oddawać się zażartym dyskusjom na najróżniejsze tematy, znikał co pewien czas na wachtę, zaś podczas alarmu bojowego można go było spotkać w centrali artyleryjskiej. Kiedy wykonywane było strzelanie, tam właśnie udzielił mi dokładnych wyjaśnień, co i jak działa, na jakiej zasadzie, osobiście odpalał, działa ze specjalnego pulpitu. To strzelanie akurat, którego byłem świadkiem, obserwując działanie specjalistów nie bezpośrednio na wieży, lecz przy umieszczonych na dolnych pokładach urządzeniach centrali, wykonane było znakomicie, zaś upadki pocisków widoczne były na ekranie stacji radiolokacyjnej.

      Ppor. mar. Wiesława Zalegę, który spał nad kmdr. por. Popławskim_ spotkałem na stanowiskach bojowych działu obserwacji technicznej. Jako inżynier działu dbał o bezawaryjność sprzętu, którego na okręcie jest niemało. Tam też przybywał na wachty kpt. mar. Zbigniew Kowalski, oficer radiolokacji, spokojny i małomówny, lecz znakomity specjalista, w wolnych chwilach zajmujący się przede wszystkim książką: "Na co dzień, w bazie, na literaturę nie ma czasu" - powiedział. Nad nim, w pobliżu jednego z iluminatorów, "zamieszkiwał" młody oficer polityczny "Warszawy", ppor. mar. Bogdan Błędowski. Na początku rejsu założył Okrętowe Centrum Prasowe, a przez głośniki niejednokrotnie wysłuchiwaliśmy nagranych przezeń wywiadów z członkami okrętowej kadry i marynarzy:
O ściśle określonych regulaminem okrętowym porach do pomieszczenia ,,9" przybywali mesowi, którzy przygotowywali posiłek. Na stołach pojawiał się biały obrus, gdy wzrastało falowanie nieco zwilżony i wreszcie baki. Najsprawniej spisywał się przy bakowaniu mar. Andrzej Bartoń, ładowniczy armaty przeciwlotniczej. Niejednokrotnie jeszcze o pierwszej w nocy układał naczynia, sprzątał, przygotowywał wszystko co możliwe do jutrzejszego śniadania. Pomagali mu inni koledzy. .

      Choć "przedział kolejowy" niejako wydzielony był z naszego pomieszczenia, jego pozostali mieszkańcy bardzo zżyci byli z resztą. Czasem jednak zbierali się w swoim gronie, aby przedyskutować wiele problemów specjalistycznych. Słyszeliśmy głosy komandorów podporuczników Jerzego Niecia, Ryszarda Czarnoty i Zbigniewa Smalińskiego. W ruch szły mapy i wykresy, zaś oficerowie ci, mający za sobą wiele doświadczenia, rozpatrywali, dyskutując namiętnie, każdy szczególny przypadek działania bojowego okrętu. Okazji do tego nie brakowało. Ten niepisany system przyjął się jakoś, zaś temperatura rozmów i proporcjonalnie do niej wzrastająca ilość dymu tytoniowego nie przeszkadzały prawie nikomu, tym nawet, którzy próbowali oddać swe dusze w objęcia Morfeusza.

      Bardzo rzadko wszyscy mogliśmy się spotkać jednocześnie. Wachty i służby, napięte obowiązki rytm życia okrętowego nie pozwalały na to. Zdarzało się, że udało nam się ;,złapać"-jakiś program w telewizji (podczas ruchu nie było to łatwe), więc siadaliśmy na ławach, obserwując "przebieg wydarzeń" na kolorowym ekranie. Koniec rejsu ,zahaczył o rozpoczęcie mistrzostw świata w piłce nożnej. Kibice, a większość z nas do takich. należała, głośno komentowali przebieg działań na boiskach, trzymając kciuki za biało-czerwonych. Pierwszy polski mecz rozczarował nas wielce, choć nie dało się ustalić, czy miało to jakiś wpływ na wykonywanie przez zagorzałych kibiców obowiązków służbowych na stanowiskach.

      Gdy były możliwości, organizowano nam kąpiel. Zdarzało się to stosunkowo rzadko, wodę trzeba było oszczędzać. Wówczas jednak pomieszczenie "jaśniało; jego mieszkańcy, porozbierani, maszerowali pod prysznic. Później, gdzie się tylko dało, wisiały mokre ręczniki, przykrywające koje, jak różnobarwne firanki.
      Pod koniec rejsu wprowadził się do naszego pomieszczenia jeszcze kmdr ppor. Lech Kołodziejski, absolwent Oficerskiej Szkoły. Radiotechnicznej, specjalista obrony przeciwlotniczej. Nie zdążył z nami długo "pomieszkać", gdyż wkrótce zawinęliśmy do bazy. Rejs stał się dla wszystkich, w tym i dla mieszkańców naszego pomieszczenia, wielką okazją do doskonalenia umiejętności fachowych. Starsi, przebywając na służbach i wachtach, dzielili się swoim głębokim doświadczeniem z młodszymi, przekazywali im tę często najważniejszą wiedzę - praktyczną, której nie znajdzie się w podręcznikach, Jestem przekonany, że taki system szkolenia może przynieść ogromne efekty.

*  *  *

      Był piękny, słoneczny dzień. Pakowaliśmy nasze torby i walizki. Zwolna pomieszczenie ,,9" opustoszało. Z koi pozdejmowano pościel. Pożegnaliśmy się przy włazie. Każdy odjechał do domu, by nazajutrz podjąć swe normalne obowiązki.
     Mało prawdopodobne, abyśmy w tym samym składzie spotkali się wszyscy jednocześnie. Może szkoda...

kpt. mar. Andrzej KUCZERA
Foto - st. bosm. Tomasz Ignacik