Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 17.V.1982r.

Bandera - Tygodnik Marynarki Wojennej - 17.V.1982r.

WŚRÓD licznej załogi ORP "Warszawa" wyróżnia się niezwykle, bujnym życiorysem, będącym zarazem pomad dwudziestoletnią historią naszych niszczycieli. Jego domeną jest królowa broni - artyleria klasyczna. Przeżył jej detronizacje na rzecz artylerii rakietowej i jej .ponowny powrót do łask, choć już w znacznie  zmodernizowanej formie, kiedy to stała się równorzędnym partnerem rakiet.
Dowódca wieży artylerii głównej na ORP "Warszawa" chor. mar. Tadeusz Iwański rozpoczął swą służbę w Marynarce Wojennej od podstaw, to znaczy, od służby zasadniczej. Pochodzi z Kieleckiego, tam kończył szkołę i tam podjął swoją pierwszą pracę. Z rodzinnych stron wyrwało go powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej, które otrzymał jesienią 1955 roku. Wraz z innymi poborowymi przyjechał do Gdyni i w taki oto prozaiczny sposób rozpoczęła się jego życiowa przygoda z morzem.
Skierowano go do wówczas istniejącej Szkoły Podoficerów Artylerii Nadbrzeżnej. Tam odbył podstawowe przeszkolenie wojskowe, a po jego zakończeniu zaproponowano mu pozostanie na dziewięciomiesięcznym kursie. Jednym z przywilejów uczestników tego kursu była możliwość noszenia włosów, bo w owym czasie żołnierzy pierwszego rocznika strzyżono nader dokładnie. Pokusa zapuszczenia sobie choćby nawet najkrótszej czupryny była dla młodego człowieka tak wielka, ze bez wahania zdecydował się na dalszą naukę. I w ten sposób ukończył kurs artylerii małego kalibru, a następnie otrzymał stopień starszego marynarza. Jego pierwsze zetknięcie się z okrętem, i to od razu z niszczycielem, było wielkim przeżyciem. Wprawdzie ORP "Burza", na który trafił, był już w tym czasie okrętem obrony przeciwlotniczej, ale jego wspaniałe tradycje działały na wyobraźnie każdego członka załogi.
Wszystkie stanowiska artylerzystów, były już obsadzone. Wyznaczono go wiec na stanowisko dalmierzysty. Wrodzony wór i rzetelne podejście do każdej wykonywanej przez siebie pracy szybko zostały zauważone przez przełożonych i zaowocowały awansem do stopnia mata oraz wyznaczeniem na stanowisko dowódcy drużyny dalmierzystów. Czas odbywania służby zasadniczej kończył się. Dzisiejszy chorąży pełnił już obowiązki szefa grupy dalmierzystów i kierował pracą dwóch podległych mu drużyn. Możną powiedzieć, że rozsmakował się w służbie wojskowej, a w każdym razie przypadła mu ona do gustu na tyle, że pozostał w służbie nadterminowej. Za swoją wzorową postawę i prace na okręcie otrzymał awans do stopnia bosmanmata. Po obowiązkowym okresie służby nadterminowej został podoficerem zawodowym.

      Czas płynął i okręt, który był dla młodego podoficera pierwszą szkołą marynarskiego życia, zestarzał się. Remont był już nieopłacalny i "Burzę" przemianowano na okręt-muzeum. Właśnie ze Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni po kapitalnym remoncie wyszedł ORP "Błyskawica". Był to kolejny niszczyciel, który na trwałe wpisał się do życiorysu chorążego Iwańskiego. Ponownie zmienił specjalność na artylerzystę i został dowódcą działa kaliber 100 mm. Przez krótki okres próbował swych sił jako bosman okrętowy i jak zawsze, tak i w tej pracy, potrafił znaleźć dla siebie zadowolenie i satysfakcję. Byli jednak starsi od niego kandydaci na to stanowisko i z nimi przegrał w chwili ostatecznego przetargu. Powrócił więc do "królowej broni". W czasie swej służby na ORP "Błyskawica" awansował kolejno na szefa wież ogniowych, a następnie na szefa grupy kierowania ogniem. Z tego okresu pamięta go chor. mar. Józef Kosobucki, obecny dowódca armaty 45 mm na ORP "Warszawa".

- Z chor. mar. T. Iwańskim pływamy razem od 1963 roku - mówi mi. - Razem byliśmy na "Błyskawicy", następnie na kursie przygotowującym nas do przyjęcia "Warszawy", no i teraz, na ORP "Warszawa". Liczebność załogi na niszczycielach sprawia, że nie wszyscy znają się ze sobą zbyt dokładnie, my jednak zawsze byliśmy w jednym i tym samym dziale okrętowym, a więc zawsze blisko siebie. Jakim człowiekiem jest Tadeusz Iwański? Przede wszystkim koleżeńskim. Śmiało można zwracać się do niego nawet z najbardziej osobistymi problemami. Do cudzych przecież kłopotów zawsze podchodzi bardzo serdecznie, traktując je jak osobiste, i zawsze chętnie służy pomocą, a przynajmniej radą. Jest bardzo sumienny w wykonywaniu swojej pracy. Pamiętam, jak po powrocie z kursu w maju 1970 r. przyjmowaliśmy ORP "Warszawa". To był bardzo gorący okres, zakładanie dokumentacji, szkolenie... Należało w jak najkrótszym czasie przygotować załogę do służby na zupełnie nowej jednostce. Chor. mar. T. Iwański oddał się tej pracy z niezwykłym wprost poświęceniem. Nigdy nie liczył swoich godzin na okręcie, ale wtedy przeszedł sam siebie. Schodził na ląd dopiero późnym wieczorem. Ciągle uparcie szkolił podległych sobie ludzi. Ale miał tego efekty w dalszej służbie. Obie podległe mu drużyny bardzo często zdobywały jednocześnie miano Drużyny Służby Socjalistycznej i posiadają je aktualnie. Wychował wiele marynarskich roczników i wiem, że jego dawni podwładni pamiętają go. Do dziś piszą do niego o swoich życiowych sukcesach osiągniętych uporem i rzetelną prącą, których to wartości .nauczyli się pod jego kierownictwem. Bezpośrednim przełożonym chor. mar. T. Iwańskiego jest dowódca działu artylerii por. mar. Mikołaj Kościuk. Ale nie zawsze tak było. Por. mar. Kościuk wspomina okres, kiedy był młodszym stopniem kolegą swojego dzisiejszego podwładnego.

- Poznałem go w 1970 roku, w momencie przyjmowania ORP "Warszawa" od towarzyszy radzieckich. Byłem wtedy młodym podoficerem, dowódcą dalmierzystów. On był starszym bosmanem i starszym kolega. Później ukończyłem WSMW i los zrządził, a może raczej przełożeni .zadecydowali, że zostałem jego dowódcą. Czy łatwiej jest dowodzić kimś, z kim dawniej było się w zupełnie odmiennych stosunkach? Trudno mi jednoznacznie powiedzieć. Jeżeli idzie o ten konkretny przypadek, to współpraca z chor. mar. T. Iwańskim układa mi się jak najlepiej. Opinia, jaką wyrobiłem sobie o nim w początkach mojej służby wojskowej, całkowicie potwierdza się w obecnych stosunkach przełożonego z podwładnym. Jest człowiekiem niezwykle zdyscyplinowanym i solidnym. Zawsze i w każdych okolicznościach można na nim polegać. Dziesięć lat znajomości to może nie jest zbyt długi okres, ale przez cały ten czas nigdy się na nim nie zawiodłem. Jest wzorem dowódcy, zresztą posiada tytuł i srebrna odznakę "Wzorowy Dowódca". Ma też I klasę w swojej specjalności. Jest świetnym wychowawcą. Jego obecni podwładni wszyscy posiadają klasy w specjalnościach. Trzech z nich ma tytuły i brązowe odznaki "Wzorowy Marynarz", jeden zdobył nawet srebrna odznakę. A trzeba podkreślić, że większość tych młodych ludzi od niedawna jest na okręcie. Ich wysoki poziom wiedzy to głównie zasługa chorążego. Z każdym rocznikiem przychodzących do niego marynarzy, mimo coraz większej różnicy wieku potrafi znaleźć wspólny jeżyk. To działa na mich bardzo mobilizująco i sprawia, że szybciej i lepiej przyswajają sobie niezbędna w ich służbie wiedze. Za swoją nienaganną, wieloletnia służbę chor. mar. Tadeusz Iwański był niejednokrotnie wyróżniany i odznaczany. Otrzymał m.in. Brązowy Krzyż Zasługi oraz medal "Zasłużony dla Marynarki Wojennej". Jest jednym z takich ludzi, którzy mogą służyć za wzór pozytywnego bohatera naszych czasów - okresu nauki i doskonalenia swego żołnierskiego rzemiosła. Życzyłbym sobie, a i innym dowódcom, wielu takich jak on podwładnych.

A oto dwaj bezpośredni podwładni chor. mar. T. Iwańskiego, jego dowódcy drużyn: mat Mariusz Jankowski i st. mar. Władysław Szylkin. Obaj są klasowymi specjalistami. Mat Jankowski zdobył III klasę w swojej specjalności i posiada tytuł oraz srebrna odznakę "Wzorowy Marynarz". Natomiast młodszy od niego służbą o pół roku st. mar. Wł. Szylkin wywalczył już II klasę w swej specjalności i choć na razie posiada tytuł i brązową odznakę "Wzorowy Marynarz", to z pewnością jest na najlepszej drodze do dorównania w tym względzie swemu koledze i rywalowi. A rywalizacja między nimi jest zacięta. .Jej inicjatorem był - jak zgodnie stwierdzają - ich chorąży. Jest to jedna z form działania jakie wprowadził, aby zmobilizować ich do dobrej roboty. Bardzo lubią i cenią swego dowódcę Jest dla nich najlepszym wzorem i nauczycielem. Zawsze potrafi doradzić i chętnie pomaga w trudnych sytuacjach. Śmiało więc przychodzą do niego ze swoimi problemami.

Dziękuję swoim rozmówcom i schodzę z okrętu zbudowany tym, co usłyszałem. Czy rzeczywiście opisywany przeze mnie chorąży jest bez skazy? Na pewno nie, bo wtedy byłby nierealny. Ale drobne skazy szybko zamazują się w pamięci ludzkiej, natomiast obraz wspaniałego człowieka, wzorowego specjalisty i dowódcy pozostaje i- i to jest piękne.

Tekst: por. mar. Andrzej Wasiak; Foto: st. bosm. T. Ignacik